wtorek, 14 października 2014

Rozdział Drugi: "Dla ciebie wszystko, nawet śmierć."

         Uśmiechnięta rudowłosa odwiesiła fartuszek w swojej szafce i uprzednio żegnając się ze wszystkimi znajomymi z pracy, wyszła na zewnątrz, przewieszając sobie torebkę na zgiętej ręce i dzierżąc w dłoni telefon, który jakimś cudem udało jej się podładować, dzięki ładowarce koleżanki. Wysokie szpilki, które były nieodzowną częścią jej stroju, wybijały równy rytm kroków na chodniku. Rozejrzała się dookoła i przeszła szybkim krokiem na drugą stronę ulicy, od razu wybierając numer swojego brata i przykładając telefon do ucha. Nie odezwał się do niej od wczoraj i tym razem było dokładnie tak samo – automatyczna sekretarka poinformowała Evelyn o rozładowanej baterii w telefonie mężczyzny.
     Po raz drugi tej nocy stanęła na przystanku autobusowym, czekając na podwózkę do domu. Może powinna poprosić brata, żeby kupił jej własny samochód. Chociaż... Chyba nie wypada. Przecież Matthew i tak musi bardzo się starać, żeby utrzymać ich mieszkanie. Nie może od tak po prostu pójść do niego i powiedzieć, że chce samochód. Mężczyzna najprawdopodobniej wziąłby sobie jej prośbę do serca. Z resztą teraz, kiedy zaginął takie myśli są nie na miejscu... 
       Jak tylko jej prywatna inaczej limuzyna zawitała na przystanek, dziewczyna wsiadła i bez wyrzutów sumienia  zajęła miejsce siedzące. Zazwyczaj stała, ponieważ nie chciała skazywać na podróż w pozycji pionowej kogoś starszego, albo matkę z dzieckiem, ale tym razem pojazd był pusty.
       Usadowiła się przy samym brudnym oknie, prawie na końcu i obserwowała światła latarni mijanych z równą prędkością. Świeciły mocniej lub słabiej, lecz prawdziwie złowrogą atmosferę nadawały dopiero te, które ledwie pobłyskiwały. Pomyślała, że za żadne skarby nie dała by się namówić na nocną wyprawę pieszo, zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.

        Nie zauważyła, kiedy autobus zajechał na przystanek i dopiero dźwięk otwieranych drzwi przywrócił ją do rzeczywistości.  Z początku nie sądziła, że ktoś w ogóle wsiądzie, wszak było już dość późno i nie zwróciła uwagi na mężczyznę w czarnej kurtce, który pojawił się w jej polu widzenia. Dopiero kiedy jego ciężkie buty uderzyły kilka razy o metalową podłogę, Evelyn uniosła wzrok. Zobaczyła człowieka o wąskiej lekko niesymetrycznej twarzy, miedzianych włosach i z zarostem. Mężczyzna zajął miejsce stojące, niedaleko przed nią i cały czas poruszał rękoma, stukał podeszwami i wiercił się stojąc w miejscu. Do tego, prawie bez przerwy, przesuwał językiem po górnej wardze. Zrobił to także wtedy, gdy ich spojrzenia się spotkały.
       Przewrócił głowę i odsłonił napięte mięśnie karku oraz pulsujące tętnice, a w stosunkowo jasnych oczach
Evelyn dostrzegła pragnienie.
Pragnienie wyrządzania krzywdy i sprawiania bólu.
       Intensywność i ciężar jego spojrzenia zmusił dziewczynę do spuszczenia wzroku, który zatrzymał się na lekko marszczonej powierzchni torebki, trzymanej na kolanach, a do jej uszu dobiegł chrzęst wybijanych stawów.
Na ogół ten odgłos wcale jej nie przeszkadzał, ale w obecnej sytuacji po jej plecach przeszły silne dreszcze.
       Zaczęła błagać w myślach, żeby nieznajomemu nie przyszło do głowy podejść i o zgrozo, odezwać się, lecz jej modły nie zostały wysłuchane. Mężczyzna, nie zważając na nieostrożną jazdę kierowcy, puścił drążek i ruszył w jej kierunku, a gdy znalazł się tuż obok, nie usiadł tylko oparł nogę w glanie na siedzeniu i mocno nachylił się w kierunku rudowłosej.
       Przez chwilę napawał się jej wyglądem i zapachem, dając obraz swoim odczuciom poprzez wyraz twarzy
I co raz szybszym przesuwaniem języka po wardze.
Evelyn wzdrygnęła się.
Tak bardzo żałowała wyboru siedzenia.
Tak daleko od jedynej osoby w autobusie - kierowcy...
- Cześć, sssłoneczko... - wysyczał i wyciągnął dłoń w kierunku jej twarzy. Dziewczyna mocniej przywarła do szyby. - My się znamy, prawda? Wgiął usta w szyderczym półuśmiechu i nie dając za wygraną, przejechał wierzchem palca wskazującego po policzku Eve. Przygryzła wargę. - Delikatna skóra...- w przeciętnym głosie zagościło zamroczone podniecenie. - Szkoda byłoby gdyby...
- Przepraszam, to mój przystanek - zebrała w sobie resztki odwagi rzuciła, kiedy zorientowała się, że pojazd zwalnia.
Spojrzała w jego zmrużone oczy z prawdziwą nienawiścią.
- Na twoim miejscu bardziej bym uważał... Pamiętaj, wiem gdzie mieszkasz... - z tymi słowami na ustach, usunął się z jej drogi, pozwalając na wyjście z autobusu.
Wiem gdzie mieszkasz... 
           To zdanie odbijało się złowieszczym echem od wnętrza czaszki Evelyn i przedzierało się przez jej myśli, pozostawiając w nich nieopanowany chaos. Nie wiedziała czego ten człowiek może chcieć i dlaczego cały czas ją śledzi, ale jedno, z jakiegoś powodu, było dla niej pewne. On ma coś wspólnego z zaginięciem Matthew.
        Stała teraz na przystanku oddalonym o dobre 1,5 kilometra od domu, a jej dręczyciel odjeżdżał, nie dość, że właśnie w tamtym kierunku, to jeszcze pożegnał ją bardzo wymownym spojrzeniem i uśmiechem.
Będzie na mnie czekał..- ta myśl ukuła ją z tyłu głowy. - Nie mogę tam pójść... 
        Faktycznie, nie mogła, ponieważ mężczyzna miał już gotowy plan, który raczej nie spodobałby się rudowłosej. Za to, wydobyła z torebki portfel, a z niego kartkę z adresem. 
Skoro nie wróci do domu to przynajmniej zrobi coś pożytecznego...
Przebiegła na drugą stronę ulicy, gdzie znajdował się kolejny przystanek i sprawdziła rozkład jazdy.
       Nie musiała czekać długo, ponieważ autobus podjechał już po kilku minutach.
Bez większego zastanowienia, które mogło spowodować zmianę zdania, wsiadła i przezornie, wybrała miejsce tuż za kierowcą.



~*~
      Jakiś czas później, w innej części miasta z takiego samego pojazdu wysiadł mężczyzna.
Dobrze znał to miejsce, bo był tu nie raz, a ostatnio, dzisiejszego ranka. Zaczął chodzić w te i z powrotem, w oczekiwaniu na kolejny autobus.
Chciał jeszcze raz spotkać rudowłosą.
Chciał dotknąć jej bladej skóry.
Chciał sprawdzić jak głośno będzie błagać o litość.

Chciał podziwiać jej elastyczne ciało, wijące się i naprężające, kiedy przeprowadzi ostrze noża wzdłuż jej kręgosłupa...
     Pomachał głową jak rozochocony rottweiler. I przesunął językiem po górnej wardze. Jak tylko przekonał się, że jego przyjaciółka nie wybrała kolejnego kursu, wpadł w złość. Nie sądził, że jest na tyle przezorna i skłonna do myślenia, gdyż uważał wszystkie kobiety za dmuchane, bezmózgie laleczki.
      Klnąc pod nosem i powarkując, uderzał w plastikową ściankę przystanku i kopał tak mocno, że powstało na niej duże pęknięcie.
Wreszcie, wyciągnął z kieszeni dżinsów woreczek z tabletkami, zażył jedną, wygiął się jak detektyw w "Leonie zawodowcu" i szybkim krokiem ruszył w ciemność. Jego celem był opuszczony magazyn na obrzeżach miasta. Właśnie tam zazwyczaj spotykał się z szefem i pozostałymi członkami gangu i tak miało stać się również dzisiaj.
       Gdy odnalazł znajome miejsce, podszedł do ogromnych drzwi przy starym wjeździe dla ciężarówek i prześlizgnął się przez powstałą szparę. Wewnątrz, jak zwykle, panowały egipskie ciemności, a światło z jednej magazynowej lampy wypłynęło, opasając jego ciało, dopiero gdy zrobił na oślep kilka kroków. Kiedy stanął w jasnym kręgu zebrał się w sobie i krzyknął.
- Jest tu kto? Szefie?! - najpierw usłyszał wyłącznie echo, ale już po chwili rozpoznał między odbiciami głos swego pracodawcy.
- Informacje szybko się rozchodzą...  Zawiodłem się na tobie, Bazylu - powiedział powoli, ale jadowicie.
- Dlaczego?- oburzył się mężczyzna. W jego głosie zabrzmiał jednak strach. Wiedział bardzo dobrze co się zaraz stanie.
- Miałeś, mój drogi, obserwować dziewczynę... - umilknął,  a potem wrzasnął. - A nie się z nią konfrontować! - następnie odchrząkną, odczekał kilka sekund i kontynuował. 

- Widzę, że muszę dokładniej przemyśleć następny wybór donosiciela...
- Ja, ja... przepraszam, ale, ale... - zaczął się jąkać ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w podłogę. Wciąż nie mógł ustać w miejscu.
- Wiem, Bazylu... - gdzieś w oddali błysnęła srebrna rączka laski. - Posłuchaj, znam twoje upodobania, ale nie możemy tłumaczyć nimi twoich wyskoków... Przykro mi, ale muszę cię ukarać. Miłego wieczoru. Dobranoc.

       Kroki, trzask drzwi na końcu wielkiej hali, potem chwilowa cisza. Bazyl obracał się w dookoła, mając nadzieję, że dostrzeże coś w ciemnościach. 
Jego przerażenie osiągnęło najwyższy poziom, kiedy dostrzegł twarze swoich kompanów z gangu, stojących poza kręgiem światła i dzierżących kije bejsbolowe i łomy. Otoczyli go. Jeden z nich przemówił, a Bazyl rozpoznał głos przyjaciela.
- Przepraszamy... Wiesz, że musimy...



~*~
       W tym samych czasie, po drugiej stronie miasta, Evelyn szła w szpilkach po nie równym chodniku przylegającym do odrapanego budynku, starając się unikać wszelkich głębszych pęknięć. Zastanawiał ją człowiek, z którym spotkał się jej brat. Chwyciła się myśli z nim związanych, żeby stłumić czymś strach. Nerwowo odwróciła się, aby upewnić się, czy znowu nie jest śledzona, ale tym razem na prawdę była sama...
     Adres z kartki zaprowadził ją pod zniszczony, czteropiętrowy blok. Brama z odpowiednim numerem ledwo trzymała się na zawiasach, ściany pokrywały obrazy, bądź znaki wykonane sprejami, a okna mieszkań były tak brudne, że w większości nie potrzebne było wieszanie firanek. Evelyn przełknęła ślinę i podeszła do metalowych drzwi. Szarpnęła za klamkę i weszła na śmierdzącą klatkę schodową, oświetlaną czerwonymi żarówkami. Podświadomie, zaczynała żałować, że wybrała się tu sama, ale nie było już odwrotu.
      Poszukiwane mieszkanie odnalazła na trzecim piętrze. Drzwi z jasnego drewna, pomazane czerwonym sprejem, musiały skrywać coś złego, obcego dziewczynie, gdyż z wnętrza usłyszała krzyki, pojękiwania i głośną muzykę. Chwilę stała w bezruchu i nasłuchiwała. Zaczęła wmawiać sobie, że musi poczekać na odpowiedni moment, ale doskonale wiedziała, że to bzdura... No nic.. Nie mogła stchórzyć... Zapukała tak mocno, że zabolały ją kłykcie. Dźwięki za drzwiami na chwilę straciły swą intensywność, a po chwili zamek drzwi zgrzytnął  i w powstałej szczelinie pojawiło pół twarzy mieszkańca. Gdy zobaczył piękną rudowłosą kobietę, otworzył szerzej i zmierzył ją wzrokiem.
- W czym mogę pomóc - zapytał, szybko wyrzucając słowa.
- Mam kilka pytań... - odparła z lekką odrazą, widząc grubego, łysego mężczyznę w białej i mocno zaplamionej koszulce.
- Zamieniam się w słuch... - uśmiechnął się paskudnie.
- Zna Pan może Matta Beaverbrook'a? Zaginął wczoraj, a w jego portfelu znalazłam Pański adres.
- Nie, nie... Nie kojarzę go... Ale może wejdziesz i opiszesz go dokładniej? - dziewczyna puściła to mimo uszu.
- Dość wysoki, szczupły z fryzurą na jeża. Około 25 lat... Niebieskie oczy... Zazwyczaj chodzi w bluzie...- mówiła to co przyszło jej na myśl.
Grubas podrapał się po podwójnym podbródku i spojrzał w górę.
- Taak... Być może kojarzę gościa. Handlował koką prawda? Zawsze miał świetny towar..
- Słucham? Nic mi o tym nie wiadomo... Widocznie nie mówimy o tej samej osobie... Przepraszam. - poczuła niesamowity zawód i już miała odejść.
- Być może... Ale jeśli chcesz się upewnić, możesz odwiedzić człowieka, który wie wszystko o wszystkich.
Odwróciła się szybko i z nadzieją spojrzała na mężczyznę.
- Poproszę adres...
~*~
       Noc spowiła gorące przedmieścia Los Angeles. Evelyn rozejrzała się dookoła, mierząc uważnym spojrzeniem okolicę, w której niedawno się znalazła. Co druga lampa była spalona, w powietrzu unosił się zapach rozkładających się śmieci, pomieszany z odorem alkoholu. Dziewczyna skuliła się nieznacznie, przez co kaptur bardziej opadł na jej twarz, przysłaniając ja w większym stopniu i schowała dłonie do kieszeni. Chciała się stąd jak najszybciej ulotnić, ale nie mogła się teraz poddać i zrezygnować z szansy dowiedzenia się czegokolwiek o swoim bracie.
       W pewnym sensie była zawiedziona jego postawą. Zawsze wydawało jej się, że może mu w pełni zaufać i mówiła o wszystkim, czym chciała się z kimś podzielić. Nawet, jeśli wstydziła się swojego postępowania, to i tak bratu zawsze przyznawała się do największych błędów, jakie popełniła w życiu. Jednak jak widać ta zasada nie działała w obydwie strony. Matthew zataił tak ważną rzecz...
       Gdyby tylko przyszedł do niej i wytłumaczył całą tą, chorą sytuację, to starałaby się z całej siły pomóc. Nawet, gdyby musiała znaleźć sobie dodatkową pracę i zrezygnować z życia prywatnego, to nigdy nie pozwoliłaby na to, żeby wmieszał się w cokolwiek, co jest związane z gangami, narkotykami i tym podobnymi. Nie zasługiwał na takie życie, a ona nie chciała martwić się o niego na każdym kroku.
       Przystanęła w miejscu, widząc światła, dochodzące z niewielkich okien. Odetchnęła głęboko, powtarzając sobie w myślach, że już nie może zrezygnować i po raz kolejny pokazać, jak dużym jest tchórzem. Zamrugała kilkukrotnie, odganiając spod powiek nieproszone łzy, które pojawiły się tam pod wpływem ogromnego przerażenia. Zacisnęła dłonie w pięści, nie zważając na ostre pieczenie delikatnej skóry w miejscach, w których wbijały się paznokcie. Znów ruszyła przed siebie, starając się zignorować zaciekawione spojrzenia kilku mężczyzn, najprawdopodobniej patrolujących cały teren.
       Stanęła przed drewnianymi, zjedzonymi w dużym stopniu przez korniki, drzwiami i zapukała w nie delikatnie. Spięła się w sobie, słysząc za sobą śmiechy. Zacisnęła na chwile powieki, po czym po prostu nacisnęła klamkę i weszła do pomieszczenia. Cofnęła się o krok, zasłaniając usta dłonią, kiedy tylko uderzył w nią odór alkoholu, pomieszany z tanimi fajkami. Zmrużyła oczy, starając się je przyzwyczaić do dymu, jaki panował dookoła. Usłyszała z wnętrza ciche jęki, ale i tak ruszyła przed siebie. Powstrzymała odruch wymiotny, widząc roznegliżowaną dziewczynę na biurku i podstarzałego mężczyznę, który ją posuwał. Nigdy nie miała okazji być świadkiem takiej sceny i miała cichą nadzieję, że to już więcej się nie powtórzy.
- Kogo kurwa niesie? - warknął facet, wychodząc z rozkraczonej panny i zasuwając rozporek. Evelyn stała przez chwilę osłupiała, ale szybko doszła do siebie i odezwała się niepewnym, cichym głosem.
- Chcę porozmawiać - ruda sama ledwo usłyszała swój głos, ale nie miała odwagi, żeby podnieść go chociażby o ton.
- A co dostanę za tą rozmowę? - mężczyzna uderzył dziewczynę na odchodne w pośladek, na co tylko podskoczyła i opuściła pomieszczenie. Evelyn wzdrygnęła się nieznacznie, co postarała się od razu zamaskować.
- Chce tylko dowiedzieć się, co z moim bratem - burknęła, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Nagle zatęskniła za świeżym powietrzem i poczuciem bezpieczeństwa, które nagle zniknęło.
- U mnie w gangu jest dużo braci. Mogłabyś bardziej sprecyzować, o którego ci chodzi - zaśmiał się, rozsiadając się w swoim fotelu i machnął ręką na rudą, żeby zrobiła to samo. Ona tylko pokiwała przecząco głową. Zdecydowanie naoglądała się zbyt dużej ilości kryminałów, żeby teraz od tak po prostu zająć miejsce, które wskazał jej gangster.
- Beaverbrook - na twarzy faceta pojawiło się głębokie zamyślenia, a później odraza, jakiej nie da się opisać słowami. Po plecach dziewczyny przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
- Ten kutas zajebał mi cztery działki narkotyków i spierdolił chuj wie gdzie! - krzyknął, uderzając z całej siły dłońmi w blat. Ev podskoczyła, od razu zaczynając się cofać. - Ale skoro twierdzisz, że jesteś jego siostrą, to przekaż mu, że jeśli nie odda mi tych dragów w przeciągu tygodnia, to tobie może stać się krzywda - uśmiechnął się do niej tryumfująco, kiedy zauważył w jej oczach przerażenie. Uwielbiał doprowadzać ludzi do takiego stanu, a już szczególnie kobiety. Czuł się wtedy samcem alfa, dzięki czemu wszyscy go słuchali, a jego pozycja była niezagrożona.
         Evelyn odwróciła się na pięcie i zaczęła biec przed siebie, nie zwracając uwagi na rozbawione spojrzenia mijanych mężczyzn i kobiet. Liczył się tylko fakt, że chce uratować własną skórę przed psychopatycznym facetem, który ma zamiar zemścić się na niej za to, co zrobił jej brat. Nie wiedziała, co to było i raczej ją to nie interesowało, ale nie chciała również ginąć z tego powodu.
           Zatrzymała się dopiero, kiedy dotarła do głównej ulicy i miała pewność, że nic jej się nie stanie. W głębi ducha żałowała, że chciała spotkać się z tym psychopatą. Tylko wpakowała się w jeszcze większe kłopoty, niż te, w których znajdowała się dotychczas. Zdusiła w sobie spazmatyczny szloch, prostując swoją sylwetkę i ruszając przed siebie. Najważniejsze teraz jest, żeby jak najszybciej znalazła się w swoim domu.

poniedziałek, 15 września 2014

Rozdział Pierwszy: "Strach o bliskie osoby odbiera zdolność logicznego myślenia."

         Czerwonowłosa dziewczyna przemierzała ciemne ulice, lekko pochylona, z dłońmi włożonymi w kieszenie czarnych spodni i kapturem naciągniętym na głowę. Od jakiegoś czasu miała wrażenie, że jest obserwowana. Nie chciała w to wierzyć, jednak szósty zmysł cały czas pozostawał uruchomiony i wyczulony na nieprzyjazne bodźce. Ciężkie kroki, kilkukrotnie głośniejsze od kroków dziewczyny, odbijały się echem od ścian brudnych bloków w jednej z tych gorszych dzielnic tego pięknego miasta.. Przystanęła na chwilę, żeby upewnić się, że ogon idzie właśnie za nią.

        Kiedy w jej uszach zaczęła dzwonić cisza, wznowiła chód, skręcając w jedną z uliczek i od razu zaczynając biec.

        Pierwszym, co zrobiła po szczęśliwym dotarciu do domu, było zamknięcie drzwi na wszystkie możliwe zamki i upewnienie się, czy zanim wyszła, nie zostawiła otwartych okien. Los chciał, z czego bardzo się później cieszyła, że wychodząc, zadbała o zamknięcie okien i uniknięcie przeciągów. Zatem, szybko zdjęła bluzę i rezygnując z prysznica, wskoczyła w wygodną koszulkę, po czym zanurzyła się w czystej pościeli na średnio wygodnym dwuosobowym łóżku o czarnej, fantazyjnie wykonanej z metalu ramie. Po przeżyciach ostatnich kilkudziesięciu minut odpłynęła w objęcia Morfeusza bardzo szybko.

        Kiedy kolejny dzień całkiem się już zbudził i ordynarnie, wręcz zapukał do odsłoniętego okna przy pomocy promieni słońca, które musnęły jednocześnie delikatną twarz rudowłosej, ta, nie mając innego wyboru wstała z łóżka, przeciągnęła się intensywnie i wyszła z pokoju. Nadzieja na ujrzenie ukochanego brata podczas przyrządzania ich ulubionego śniadania od razu wypełniała jej klatkę piersiową silną radością, która pieściła jej wnętrze i otulała serce, wywołując szeroki uśmiech na twarzy. Niestety, rozczarowanie przyszło szybciej niż myślała, gdyż nie musiała nawet otwierać drzwi do kuchni, aby przekonać się, że na pewno nikt nie smaży tam bekonu, ani nie gotuje wody na pyszną herbatę Earl Grey. Odwróciła się zatem na pięcie i za cel obrała sypialnię chłopaka. Nie wiedząc, czy nie śpi, zachowywała się tak cicho, jak tylko umiała, jednak jak się przekonała, nie było to wcale konieczne. Łóżko świeciło pustkami, nawet nie rozłożone.  Przez chwilę nie wiedziała co o tym myśleć. Oparła dłonie na biodrach i bezradnie rozejrzała się po pomieszczeniu, zatrzymując wzrok dopiero na oknie. Nie zmieniając położenia rąk powili podeszła do szyby i wyjrzała wprost na ulicę. Ludzie przechodzili prostym chodnikiem, spiesząc się mniej lub bardziej, ale uwagę dziewczyny zwrócił ktoś, kto nie spieszył się w cale... Zakapturzona postać w okularach przeciwsłonecznych, opierająca się o swój czarny, okazały motocykl, niby przypadkiem zerkała wprost w okno jej mieszkania. Odeszła krok od białej firanki, w obawie, że mężczyzna może znaleźć to czego szuka. Nagle z pokoju obok dał się słyszeć dźwięk wibrującego telefonu, który wystraszył ją tak, że wszystko w w żołądku ścisnęło się na sekundę, a jej ciało, wbrew woli odskoczyło od okna. Gdy zorientowała się, że wystraszyła się własnej, w dodatku rozładowującej się komórki, uśmiechnęła się blado i ruszyła z powrotem do swojego pokoju.

          Telefon spoczywał w najlepsze na stoliku tuż obok łóżka. Leżał tak od wczorajszego obiadu, kiedy chciała go zabrać, idąc na spotkanie z przyjaciółką, lecz zapomniała o nim zupełnie w pośpiechu zmieniając zaplamioną tłuszczem bluzkę i wybiegając, łapiąc jedynie torebkę. Urządzenie znów wydało charakterystyczny dźwięk. Nie czekała dłużej. Chwyciła starszy model nokii i sprawdziła wiadomości. Kilka od Michelle, kilka nieodebranych, nie ważnych  połączeń i... SMS od Matta... Nie wróci na noc...

            Ale dlaczego? Przecież nigdy mu się to nie zdarzało. Owszem, wracał późno, czasami nawet wraz ze wschodem słońca, ale zawsze, przynajmniej część nocy, lub wczesnego poranka spędzał w domu.  Martwiła się o niego cholernie i nie chciała dopuścić myśli, że mogło mu się cokolwiek stać. To on utrzymywał ich dwóję i tylko on jej został, odkąd rodzice zginęli w wypadku. Gdyby Matthew nie wrócił nie miałaby już nikogo i zostałaby sama na tym okrutnym świecie...

             Wreszcie postanowiła działać. Wzięła ekspresowy prysznic, wysuszyła i ubrała w dżinsy i koszulkę. Makijaż uznała za całkiem zbędny, dlatego założyła ciemne okulary. Po drodze zgarnęła do sportowej, niewielkiej torebki portfel i ledwo działający telefon i prawie biegiem udała się do wyjścia. Otworzyła drzwi i... 

- Dzień dobry, czy mam przyjemność z Panią Evelyn Beaverbrook? - zapytał jeden, z dwóch policjantów, wyglądający na żółtodzioba, który jeszcze przed chwilą znieruchomiał z ręką uniesioną w górę i zamiarem zapukania.

- Tak - wycedziła zdziwiona, szeroko otwierając oczy, jednak, po chwili ucieszyła się z wizyty pana władzy, ponieważ oszczędził jej wyprawy na komisariat przez miasto. - W czym problem?

- Mamy powody przypuszczać, że pani brat... - zawahał się widząc blednącą twarz dziewczyny. Odchrząknął. - Czy to należy do niego? - mężczyzna wyciągnął dłoń z oprawionym w folię czarnym portfelem, który Evelyn niestety szybko rozpoznała. 

- Tak, to jego portfel. Może panowie wejdą?

- Dziękujemy, to nie będzie konieczne - rzucił chłodno, starając się uniknąć powiedzenia kobiecie, że być może  jej brat zginął... - Znaleźliśmy go wczoraj na przedmieściach miasta, kiedy jeden z tamtejszych mieszkańców zawiadomił nas o strzelaninie. Natknęliśmy się też na liczne ślady krwi...

         We wnętrzu Evelyn coś się posypało.. Jakby ściany jej żołądka, płuc, serca i wątroby zaczęły pękać, zlewać się ze sobą i napierając na siebie co raz bardziej, zaczęły tworzyć jeden zlepek organów, który dziewczyna chciała zwyczajnie wypluć. 

- Czy... Czy mogę zatrzymać portfel? - słowa więzły jej w gardle, ale zdołała zadać to jedno pytanie. Policjant oddał jej torebkę, potrzebnie lub nie, przeprosił za najście i zniknął na klatce schodowej. 

         Evelyn opadła ciężko na sofę w salonie, zaciskając dłonie na skórzanym portfelu brata, który dostał od ojca, jeszcze przed wypadkiem. Przez chwilę zastanawiała się, czy może to ten czarny, lekko zniszczony przedmiot sprowadza na jej bliskich same katastrofy, ale przegoniła infantylne myśli. Wydobyła go z foliowej torebki i obróciła w palcach. Jednocześnie po jej policzki spłynęła łza. Wyobraziła sobie, jak jej brat leży na środku ulicy w kałuży krwi, a nad nim stają jego oprawcy i dobiją konającego kopnięciami. Musiała potrząsnąć głową, żeby pozbyć się tej makabrycznej wizji... Wreszcie otworzyła portfel i przejrzała to co w nim zostało, czyli jakieś nie ważne karty zniżkowe, kupony i paragony. Wyciągnęła jedną z plakietek, na której widniała nazwa ich ulubionej lodziarni, jeszcze z czasów dzieciństwa, a na jej kolanach wylądował świstek z nabazgranym na szybko tekstem. Zdziwiona podniosła karteczkę i niewielkim trudem odczytała zawartą na niej informację. 

Adres. Adres człowieka, który być może wie co się stało z jej kochanym bratem... 

~*~*~

         Evelyn szybkim krokiem przemierzała ulice Los Angeles, starając się nie rozmyślać nad tym, czego dowiedziała się od policjantów. Cały czas usiłowała wmówić sobie, że to nie krew jej brata znajdowała się na tej cholernej ulicy, a portfel zgubił, po prostu przechodząc. Nie mógł jej od tak po prostu zostawić, ponieważ obiecał, że zaopiekuje się nią do końca życia. 

         Zatrzymała się na przystanku autobusowym, uważnie obserwując twarze wszystkich ludzi, stojących dookoła niej. Podświadomie szukała w nich wszystkich swojego brata, chociaż nie chciała przyznać się do tego sama przed sobą. Westchnęła ciężko, uznając że popada w paranoję i schowała dłonie do kieszeni czarnych jeansów, zaciskając je w pięści. Musi spotkać się z osobą, której adres znalazła w portfelu Matthew 'a. Gdzieś w głębi duszy czuła, że tylko ona może na prawdę jej pomóc. A ruda nie miała zamiaru poddawać się, dopóki nie odnajdzie swojego brata.

          Potrząsnęła głową, przywołując swoje myśli do porządku i w ostatnim momencie wsiadła do autobusu. Odetchnęła głęboko, uświadamiając sobie, że kilka sekund nieświadomości mogło spowodować szybki spacer do pracy. Nie może się spóźniać, ponieważ szef nie wybaczyłby jej tego i wyrzucił bez wahania na zbity pysk. Już nie raz miała okazję obserwować kątem oka jego kłótnie z dziewczynami i to, jak tracą jedyny środek utrzymania.

         Rudowłosa zajęła miejsce, opierając czoło o szybę autobusową i zamykając oczy. Nie miała siły na nic. Sporą część nocy spędziła na zastanawianiu się, co może dziać się z Matt 'em. Przecież obiecał jej, że spędzą razem wieczór. Tak, jak kiedyś, kiedy byli jeszcze małymi dziećmi, a ich rodzice żyli. Chciałaby wrócić do tamtych lat.

        Nocna zmiana nigdy nie należy do najprzyjemniejszych, myślała, zawiązując na biodrach zielony fartuszek z logo Starbucksa i tłumiąc ziewnięcie. Była mocno zmęczona i nie zdolna do niczego. Większość jej myśli wciąż krążyło nad wielkim Los Angeles i poszukiwało Matthew. Czuła, że jego nieobecność powoli doprowadza ją do szaleństwa. Nie mogła jeść, skupić się na czymkolwiek. Jedyną rzeczą rzeczą za jaką tęskniła był sen. Jak zwykle...
Wreszcie gotowa do pracy wyszła z niewielkiej szatni i stanęła za barem. Lokal był pusty. I prawdopodobnie taki miał pozostać...

czwartek, 7 sierpnia 2014

Prolog: "Nie ma drogi bez końca. Nie ma ucieczki bez powrotu."

Rozdział został napisany przy:

        Gorące za dnia, buzujące życiem miasto Los Angeles nocą zamienia się w chłodną wylęgarnię dilerów, morderców i gwałcicieli, w której, aby przetrwać, należy mieć przy sobie przynajmniej jedną z trzech rzeczy: pieniądze na narkotyki, narkotyki, albo broń. Radość dnia ustępuje wrogości nocy w raz z zachodem słońca i z taką samą łatwością całe to zło wpełza z powrotem w najmroczniejsze zakamarki ludzkich dusz, aby ukryć się przed jego światłem. W ciemności nikt nie jest bezpieczny. 

        Wysoki mężczyzna opierał się o ścianę jednego z wielu budynków Los Angeles. Jedną nogę miał zgiętą w kolanie, kaptur naciągnięty na głowę, a dłonie schowane do kieszeni spodni. Uważnie obserwował każdego przechodnia, który go mijał, nawet nie zwracając na niego uwagi. Mimo, że nie raz brał udział w podobnej akcji, w jego sercu gościł niezmierzony strach... Czekał na tego jednego, konkretnego mężczyznę, któremu miał sprzedać kilka działek. Spóźniał się już dobrych kilkanaście minut, a on nie miał najmniejszego zamiaru dłużej na niego czekać.

         Zmrużył oczy, widząc z daleka znajome postacie. Spuścił głowę, krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej. Nie powinno ich tu być, ponieważ obecność tych dwóch zawsze przyciągała spore kłopoty, na które on nie mógł sobie pozwolić. Rozejrzał się na boki i kiedy nie zobaczył klienta postanowił przystąpić do jak najszybszego odwrotu, a szefowi wymyśli jakieś usprawiedliwienie tak, jak robił to za każdym razem.

         Przyspieszył znacznie kroku, kiedy mężczyźni ruszyli za nim. Chciał dzisiaj uniknąć jakichkolwiek konfrontacji i jak najszybciej wrócić do domu, ponieważ obiecał swojej siostrze całą noc dla nich. Tym razem nie mógł jej zawieść – całkiem by w niego zwątpiła. Zaczął biec, napędzany rosnącą paniką i co raz większą ilością adrenaliny, kiedy tylko zauważył błysk lufy pistoletu w słabym świetle ulicznej latarni. Niebo było dzisiaj mocno zachmurzone, a księżyca nie dało dostrzec się w ogóle.

         Przeskoczył przez płot, nie zatrzymując się nawet na chwilę. W jego myślach krążyło tylko jedno pytanie, paraliżujące mózg i uwalniające okrutną niepewność, wypełniającą ciało niczym rzeka nowe koryto: czy wyjdzie z tego cało. Nie mógł jednak zbyt długo się nad tym zastanawiać, ponieważ wrogowie deptali mu po piętach, a w oddali dało się już usłyszeć kilka wystrzałów z rewolwerów. W biegu wyjął telefon i napisał szybką wiadomość do siostry, że nie będzie go dzisiaj w domu, a kilka sekund później bateria całkowicie się rozładowała. Zaklął szpetnie pod nosem, mając nadzieję, że w razie czego posiada jakieś drobne w kieszeniach. Musi przecież jakimś cudem skontaktować się ze swoim pracodawcą, czy też jego ludźmi, wzywając pomocy.

         Krzyknął głośno, kiedy kula trafiła go prosto w łydkę. Nie poddał się jednak i w dalszym ciągu dążył przed siebie, starając się nie patrzeć w tył, jednak ból bardzo go spowalniał.  Zacisnął mocno zęby i pięści, kuśtykając, lecz próbując nie ciągnąć zranionej nogi całkowicie po ziemi. Od tego może zależeć jego życie i to, czy jeszcze kiedykolwiek będzie dane mu zobaczyć swojego małego aniołka, którym obiecał się opiekować. To właśnie dla niej stał się członkiem „mrocznego świata”. Pomimo tego, że w gangu działa już od kilku lat, to w dalszym ciągu nie posiada zbyt ważnej pozycji. Wiedział jednak, że już za późno na zrezygnowanie z czegokolwiek, co związane z przestępczością. Jeśli odszedłby od swojego obecnego szefa, to musiałby się zaciągnąć do innej grupy, żeby tamten go nie zabił, albo, co gorsza, nie chciał zemścić się na jego siostrze. Jednak takie działanie byłoby bardzo ryzykowne, ponieważ w takich sytuacjach łatwo wywołać prawdziwą wojnę. 

         Ona nie wiedziała o niczym, co jest z tym związane i starał się z całych sił, żeby dalej tak pozostało. Nie zasługiwała na to, co on przechodził, przechodzi i najprawdopodobniej już do końca życia będzie przechodzić. Dziewczyna nie dociekała, skąd biorą pieniądze na życie. Po prostu w pełni mu ufała i dziękował jej za to całym sobą, ale nienawidził samego siebie za to, że tak bardzo ją okłamuje.

         W końcu po godzinie biegu lub na prawdę szybkiego, w miarę możliwości, marszu, znalazł się za samymi przedmieściami, gdzie rozpostarła się przed nim nieograniczona płaszczyzna piasków pustyni. Przystanął na chwilę, zawahał się. Może istnieje jakieś inne wyjście z tej chorej sytuacji? Wystrzał z pistoletu, po którym kula uderzyła w słup zaraz obok jego głowy, skutecznie przywrócił mu świadomość, którą na kilka sekund zastanowienia stracił. Nawet, jeśli istnieje jakiekolwiek inne wyjście, to on nie ma już czasu na wymyślanie go. Odetchnął głęboko, ponownie zaczynając biec, pomimo cholernego bólu w prawej łydce. Żadnej rośliny, głazu ani pagórka. Żadnych szans na ratunek...

~*~*~

Słów kilka od Cassie A.:
Oto i pojawia się w magiczny i niewyjaśniony sposób prolog nowego opowiadania. Pomysł na nie zrodził się praktycznie przed chwilą, ale mam nadzieję, że ktoś zakocha się w choć jednym z bohaterów.

Słów kilka od Evansika:
Jak już powiedziała Cassie pomysł tworzył się baaardzo długo (dwa, może trzy dni) i w końcu udało nam się z niego stworzyć koncepcję, która na razie istnieje jedynie w notesiku A. To ona jest główną pomysłodawczynią (istnieje w ogóle takie słowo?), a ja jedynie robię tutaj za zbędny balast i ewentualnie sprawdzam błędy.
Rozdziały pojawiać się będą nieregularnie, Amen.
Hope Land of Grafic